Uczelnia o poranku.

Żeby dotrzeć na uczelnię przed 8:00 muszę wstać o 6 rano, czyli o 4 polskiego czasu!  Już się przyzwyczaiłam, ale nie była to łatwa sztuka. Na szczęście (?) o tej samej porze budzi się cała okolica, więc nie sposób spać dłużej. Podejrzewam, że sąsiad obok ma hobby- codziennie próbuje zamknąć swoją metalową bramę głośniej niż poprzedniego dnia. Sąsiadka z drugiej strony bije rekordy w ilości odpalania silnika chyba najgorszego rzęcha jakiego w życiu widziałam (i słyszałam- o matko!!). No i nasi niezastąpieni sprzedawcy mioteł. Codziennie zastanawiam się co okrzyki “Ijjjjjjjjie” oznaczają. Może kijjjjjjjie….do miotły ;) Jakieś sugestie?

Mi Casa aaaAAAA!

Oh, co to był za tydzień! 7 dni intensywnego poszukiwania odpowiedniego lokum w niemal każdym zakątku Addis Ababa. Kwestią priorytetową była niewielka odległość do uczelni, co z pewnością zaoszczędziłoby sporo czasu. Po pierwszej weryfikacji na szali stanęły dwie opcje- 1- superlokalizacja, 15 min do pracy, modne restauracje + niezniszczalni lokatorzy w kuchni- you know what I mean?
2- superokolica, 40 min do pracy, dwupiętrowy dom, bardzo mili właściciele. Wygrała druga wersja. Drugi tydzień pobytu, z kluczem do domu w dłoni, minął znacznie spokojniej.

Okazało się, że dwa kroki stąd znajduje się najlepsza pizzeria w mieście, jedyne multikino z 3d, Biergarten i dwa najchętniej odwiedzane Julice world. A propos ostatniego- mając dziesiątki kombinacji owocowo- warzywnych i wiele tygodni przed sobą każdy ma zamiar spróbować wszystkich dostępnych opcji smakowych. Jeden z moich pierwszych wyborów okazał się jednak wielkim zaskoczeniem. Zastanawiałam się jak smakuje owoc Beso w połączeniu z bananami, jogurtem i miodem. Zauważyłam, że w trakcie przygotowania mojego koktajlu dosypują tajemniczego proszku, co złamało moją wiarę w świeżość i naturalność składników.

Okazało się, że Beso to nie żaden owoc, lecz proszek, który stanowi ulubiony składnik diety uczniów i sportowców. Hmmm, czekałam na pyszny owocowy sok a dostałam…. papkę która w smaku przypomina bananową owsiankę! Postanowiłam jednak wypić… to piwo, które sama naważyłam, mimo że mogłam po prostu poprosić o inny.  O dziwo z każdym łykiem coraz bardziej przekonywałam się do tego napoju, który zastąpił mi na dodatek obiad! Już drugi raz w Addis przekonałam się, że nie warto uprzedzać się do potrawy na początku. Chwila wytrwałości i smak z dziwacznego zamienia się w całkiem przyjemny. Tak właśnie stało się min z indżerą, którą jem niemal codziennie.

Zapraszam z powrotem do domu :)

“Ludzie, z którymi jesz z jednego talerza nigdy cię nie zdradzą” -przysłowie abisyńskie.

Kilka dni temu znajomi wyciągnęli mnie do lokalu z “tradycyjną oprawą”. Restauracja okazała się być megaturystycznym miejscem, więc nici z prawdziwego lokalnego klimatu :/ W środku oczywiśćie wielu Niemców i Japończyków (z którym łączę się w duchowo!!). Do jedzenia? Indżera, indżera, wszechobecna indżera, za to z najwyższej półki z największą gamą sosów i mięs. Ten zielonkawy placek przypomina teksturą bardzo mokry, porowaty naleśnik. Służy nie tylko jako tależ ale także łyżka i chusteczka do wytarcia talerza, palców i ust. W lepszych restauracjach zatrudniani są specjalni kelnerzy, którzy, hmm, są niczym chodząca umywalka ;) Podchodzą z misą, dzbanem z ciepłą wodą i mydłem. Ceremonia mycia rąk, lub może tylko prawej dłoni? (do dziś nie wiem czy nie uraziłam nikogo myjąc OBIE dłonie w tradycyjny, europejski sposób), kończy się wytarciem ich auuu! gorącym ręcznikiem.

Miasto koloru beżowego.

Gdyby przyszło mi opisac pierwsze wrażenie z pobytu w Addis Ababa jednym słowem, byłby to kolor BEŻOWY.

Miasto ma niewiele wspólnego z  “Nowym Kwiatem”, a tak właśnie tłumaczy się z języka amharskiego nazwę stolicy. Dlaczego zatem beżowy? Bo Etiopczycy szczycą się pięną, karmelową karnacją, najjaśniejszą na czarnym lądzie. Tego koloru jest niedawny przybysz w stolicy kawy- macchiato. Podobnie moje buty po całym dniu chodzenia. To akurat nie stanowi żadnego problemu. Dla każdego Etiopczyka czyste obuwie to podstawa, dlatego też na ulicach roi się od pucybutów.  Taką przyjemność kosztuje tylko 2-4 Birry (ok 1zl), ale jeszcze nie zdecydowałam się na kompleksowe spa dla tenisówek ;)

Nieodzownym elementem stolicy jest zapach- kręcąca w nosie mikstura ostrych przypraw, kwaśnej indżery i …spalin. Nie ukrywam, kurz i spaliny nie są najprzyjemniejsze dla ferendżi, ale ale! Przed wczoraj wykrakałam deszcz i padało przez dwie noce, więc powietrze samo się oczyściło.

Po tygodniu wiem, że pierwsze wrażenie, jak to zwykle bywa, nie oddaje prawdziwego charakteru miejsca. Codziennie miasto zaskakuje mnie nowymi odsłonami. Skpiam się więc na kolekcjonowaniu wrażeń i postaram się częściej nimi dzielić. Do usłyszenia!!