Targ rybny.

Prawdziwą niedzielną atrakcją w miejscowości Awasa jest targ rybny. Miejsce, znane z gigantycznych i okrutnie brzydkich ptaków, zamienia się wcześnie o poranku w market, gdzie wszystko, nieważne jak wygląda czy… pachnie, znajduje swojego amatora. Rybacy polują na największe ryby, właściciele restauracji na najlepsze okazy, a prehistoryczni mieszkańcy na wszystkie pozostałości. W tle rozgrywają się sceny anatomiczno- dantejskie. Złowione ryby czyszczone są  na miejscu, więc wygłodniałe ptaszyska walczą czasem do upływu krwi! z poławiaczami o “smakowite kąski”. Wbrew pozorom nie jest to łatwa sztuka! Etiopczycy są mistrzami recyklingu, więc prawie wszystkie resztki nadają się do spożycia- różnica polega tylko na tym czy kogoś stać na lepsze lub gorsze wnętrzności.
Niezaprzeczalną prawdą jest natomiast jakość ryb podawanych w lokalnych restauracjach. Podobnie jest ze wszystkimi warzywami i owocami. Bez obaw można zamówić sałatkę nie martwiąc się czy wszystkie listki zostały dokładnie umyte. Na takie rarytasy nie ma co liczyć w stolicy…

Po drodze.

Tęsknię za prowadzeniem samochodu! Kupiłam ostatnio kubek termiczny z podgrzewaczem, zaprojektowany dla kierowców. Dopiero gdy po opuszczeniu sklepu uświadomiłam sobie, że jeszcze długo nie pojeżdżę swoim autem!! Tydzień temu siedziałam co prawda za kierownicą ale 20km, które przejechałam nie zaspokoiły mojego rajdowego głodu!! No nic, lepsze to niż nic:)

Podróżowanie na miejscu pasażera ma jednak swoje plusy. Drogę do Awasy obejrzałam niemal jedynie przez obiektyw. Żal było chować aparat, a gdy tylko to zrobiłam w pośpiechu wyciągałam go z powrotem. Gdzie w Pl możemy zobaczyć setki wielbłądów jedzących kaktusy wzdłuż jezdni, czy martwe hieny na poboczu potrącone poprzedniej nocy przez kierowców? Nawet my nie potrafimy z dwupasmowej jezdni zrobić 5-o i to w jednym kierunku!! Nie często musimy hamować z piskiem opon by nie wjechać w stado bawołów przebiegające drogę…

Awasa here I come

Czas zacząć realizować postanowienie weekendowych wypadów za miasto.
Druga miejscowość na liście- Awassa.

Przed wyjazdem wiedziałam tylko, że będą jeziora, prehistoryczne ptaki i dobre ryby w knajpach. W aucie postanowiłam się doinformować (dzięki Pati za Lonely Planet!) i okazało się, że nizina znana jest także….z dość dużej liczby zachorowań na malarię- damn! Nikt mnie nie uprzedził a mogłam się na tą okoliczność przygotować zażywając medykamenty dwa dni przed! Na szczęście znajomi uspokoili moje niemal hipochondryczne zapędy tłumacząc, że ryzyko istnieje jedynie podczas sezonu deszczowego. Na wszelki wypadek ;) zrezygnowałam z szortów i krótkich rękawów.

Ale chyba przyznacie, że dla takiego krajobrazu warto casem ryzykować?.